Wargaming Zone     

Wojskowość w średniowiecznej Polsce
Data: Pon 24 Kwi, 2006
Autor: Michał Chlipała
Recenzja książki autorstwa Andrzeja Nowakowskiego z 2005 r.

Opis:
tytuł: WOJSKOWOŚĆ W ŚREDNIOWIECZNEJ POLSCE; autor: Andrzej Nowakowski; wydawca: Muzeum Zamkowe w Malborku; rok wydania: 2005; oprawa: twarda; format: 17,5x25,5; język: polski; ISBN 83-86206-82-9; ilość stron: 268; liczne mapy i ilustracje

Recenzja:
Książkę tą pożyczyłem z Biblioteki Jagiellońskiej, zwabiony zarówno ciekawym tytułem, reputacją autora, jak i nadzieją, że ktoś podjął nową ciekawą próbę naukowej syntezy interesującego mnie tematu. Niestety tym sroższe było moje rozczarowanie po przeczytaniu notki od wydawcy, której fragment przytaczam: “Książka Andrzeja Nowakowskiego skierowana jest do szerokiego grona odbiorców. Z tego powodu autor zrezygnował w niej z całego aparatu naukowego oraz literatury obcojęzycznej i ograniczył się jedynie do wskazówek bibliograficznych(...).” Rozumiem, że czasem nadmierne spiętrzenie przypisów może denerwować, ale nawet seria HB z Bellony podaje przypisy, które moim zdaniem są rzeczą niezmiernie ważną, gdyż pozwalają osobie pragnącej pogłębić swoją wiedzę na dany temat kierunek dalszych poszukiwań. Ponadto to jedyny sposób, by autor uniknął posądzenia o podawanie wiedzy “objawionej”, która nie znajduje pokrycia w źródłach i badaniach naukowych.

Sama raca podzielona jest na cztery zasadnicze części, które z kolei dzielą się na podrozdziały. Pierwsza część traktuje o historii wojska, autor opisuje tu organizację siły zbrojnej na tle dziejów państwa. Ogólnie ciężko się tu do czegoś przyczepić poza nadmierną czasem skrótowością i moim zdaniem absolutnym unikaniem prób wejścia w temat głębiej, np.: zdefiniowania roli w armii i ilości wojowników pochodzenia nieszlacheckiego, którzy zobowiązani byli do służby “konno i zbrojno” wraz z pocztem, jak np.: wójtowie czy sołtysi. Wiemy, że takowi musieli występować od czasów lokacji na prawie niemieckim (która rodziła taki obowiązek) po czasy Kazimierza Wielkiego, kiedy statuty monarchy regulowały ich służbę, lecz rodząca się organizacja stanowa powodowała, że zamożniejsi przechodzili do stanu rycerskiego, zaś ubożsi tracili swe uprawnienia (i obowiązki, w tym obowiązek służby wojskowej) i wracali do stanu chłopskiego lub mieszczańskiego. Ten podział wojowników był jeszcze obecny w Prusach w dobie Wielkiej Wojny z Zakonem. Część druga opisuje technikę wojenną, z podziałem na sposoby aprowizacji, poszczególne rodzaje broni, zbroi, wozów, środków przeprawowych, umocnień i okrętów. Jest to najlepiej napisana część tej pracy, głównie dzięki wykorzystaniu gigantycznego dorobku Andrzeja Nadolskiego i Mariana Głoska, choć i tu zdarzają się wpadki. O ile jestem w stanie zrozumieć, że we wczesnym średniowieczu walka mieczem opierała się tylko na uderzeniach przełamujących, które miały niejako “złamać” zastawę przeciwnika, ale odnoszenia tego do okresów późniejszych, zwłaszcza XIV-XV wieku, tylko dlatego, że w Polsce dominuje dość uniwersalny pod względem zastosowania typ mieczy uważam za przesadę. Ciekawe są opisy dotyczące fortyfikacji, a zwłaszcza sposobu i czasu ich budowania. Część trzecia to skrótowo przedstawiona historia wojen toczonych przez Polskie wojska w średniowieczu. Napisana jest, mimo że zwięźle, to bardzo dobrze. Autor postarał się wykorzystać najnowszy stan badań nad polską wojskowością wieków średnich, dzięki czemu uniknął wpadek w rodzaju Tatarów pod Koronowem, jak w książce Piotra Derdeja. Dość sensownie podaje się stany wojsk, ich dyslokację i kierunki działań. Postarano się tu zamieścić też liczne mapy, które uważam za rzecz absolutnie niezbędną w takiej publikacji. Niestety część czwarta rozczarowuje. Ma on opisywać sztukę wojenną i składa się z dwóch podrozdziałów. Pierwszy, opisujący strategię jest całkiem sensowny, choć miejscami wydaje mi się, że autor ma nazbyt optymistyczne mniemanie o naszych przodkach i ich potencjale intelektualnym Drugi dotyczy taktyki i jest fatalny. Pokutuje w Polsce jakieś zupełne niezrozumienie taktyki chorągwi rycerskiej w średniowieczu, objawiające się głównie jakimiś godnymi historyka z XIX wieku opisami chorągwi ustawionej “w płot” gdzie poszczególni rycerze stoją od siebie w odległości takiej, jak słupki milowe, a walka jest działaniem poszczególnych rycerzy. Wszystko to w epoce, która jak żadna inna nie pochwalała indywidualizmu! Brak jest zrozumienia dla roli jaką odgrywały turnieje dla wyszkolenia kombatantów, a także nawet podstawowej terminologii z tego okresu z nieszczęsnym “conroi” włącznie. Niestety ten rozdział nie nadaje się do czytania!

Wreszcie należy przejść do głównego grzechu tej książki. Jest ona tylko i wyłącznie zebraniem i podsumowaniem tego co można znaleźć w innych ogólnie dostępnych w polsce pozycjach. Jeśli ktoś czytał “Polską technikę wojskową do 1500 roku”, “Uzbrojenie w Polsce średniowiecznej .1350-1450” oraz “Broń i strój rycerstwa polskiego” Andrzeja Nadolskiego czy prace Mariana Głoska, może sobie z czystym sumieniem darować tą książkę. Nie znajdzie tu bowiem ani jednej oryginalnej myśli czy teorii. Nawet ilustracje są te same. To największy problem polskich mediewistów zajmujących się historią wojskowości tego okresu. Przepisują oni te same poglądy, kompilując na nowo ciągle te same wnioski, a unikają twórczego myślenia. Uciekają też od pracy na źródłach zwłaszcza zachodnioeuropejskich i próby ich porównania z sytuacją w Polsce, w celu wyciągnięcia jakiś ogólnych wniosków. Cała zaś ich praca odbywa się na zasadzie “pars pro toto”, wyróżniają nowe typologie zbroi, broni, rzędów, opisuję setki sposobów robienia dłubanki, ale nie widzą armii jako mechanizmu wykorzystującego to wszystko, a zwłaszcza zastosowania opisywanych przez siebie rzeczy na polu walki. Czasem więcej ciekawych informacji można znaleźć w pracach Tadeusza Korzona czy Konstantego Górskiego, którzy nie tylko pracowali na źródłach, ale nie wahali się stawiać śmiałych i ciekawych hipotez.

Podsumowując: książkę tę ciężko mi sklasyfikować. Nie jest ona zła (jak np.: prace Andrzeja Michałka) ale nie jest też i dobra. Po osobie z taką pozycją w polskiej mediewistyce należy oczekiwać więcej. Dlatego też wystawiam książce trójkę (dst). Natomiast polecam ją raczej osobom zaczynającym dopiero swoją przygodę ze średniowieczną wojskowością prosząc jednocześnie, by nie traktowały tej pracy jako zbioru prawd objawionych i nie poprzestały tylko na jej lekturze.

Komentarze

Czw 27 Kwi, 2006 elear napisał:
Uważam, że książki A. Michałka nie są źródłem informacji, bo są po prostu bałmutne i nieprawdziwe w sporej mierze, a ja nie lubię jak mi "wciskają ciemnotę". Co do Pivki się zgadzam z zupełności. Pozdrawiam. Michał

Czw 27 Kwi, 2006 Gość napisał:
Tak temat głowny został przeniesiony na forum, ale ja jeszcze w kwestii ospreyi i ksiązek pana Michałka.

Otóż sam nie intersuje sie za bardzo sredniowieczem wiec nie jestem szczęśliwym posiadaczem książek Davida Nicolle. Swoją opinie o ospreyach opieram zaś na tych, poświeconych wojnom napoleonskim. Niektóre sa pod pewnymi wzgledami naprawde załosne (patrz ospreye Otto von Pivki - np o Sasach - chodzi o częśc poświeconą umundurowaniu). Ksiazki zas pana Michałka sa łatwo dostepnym i przystepnym źródłem informacji o wojskowosci sredniowiecza. Nie twierdze, że sa bezbłedne ale ktoz nie popełnia błędów (patrz Wielka Armia sławetnego Bieleckiego).

Po drugie to moja wypowiedz o skaposci materiału dotyczyła nie koniecznie Francuzów czy Anglików ale bardziej Słowian czy Rusów, o których ilośc infomracji raczej zatrważająca chyba nie jest.

Pozdrawiam

Czw 27 Kwi, 2006 Gość napisał:
Jako, że temat okazuje się niezwykle ciekawy i z pewnością zainteresuje większą liczbę osób - proponuję przenieść dyskusję na Forum.
Pozdrawiam
rrrober

Czw 27 Kwi, 2006 elear napisał:
Uważam tak, dlatego, że pojmowanie szyku "w płot" tak, jak się go przedstawia w polskiej literaturze historycznowojskowej, tzn.jako linię długą i LUŹNĄ(podkreślenie moje), z rycerzami w DUŻYCH odstępach od siebie, z pocztowymi jadącymi w drugiej linii sporym od rycerzy dystansie (tak chociażby Kukiel, "Zarys historii wojskowości w Polsce") już od końca XIX wieku zostaje usuwane z opracowań zachodnich. Z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze taki szyk, pozbawiony jest spoistości w natarciu, więc nie ma szans przełamania szyku nieprzyjaciela, a grozi śmiercią odosobnionym konnym, których tak można łatwo zabijać jeden po drugim. Ponadto dalekie odsunięcie do tyłu pocztowych, powodowałoby, że pierwszy szereg byłby narażony na odcięcie i zniszczenie, ponadto w szarży nie działałby efekt, nazwijmy to "masy". Po drugie patrząc na zabytki zarówno literatury jak i sztuk plastycznych stwierdzamy, że to, co czasem nazywa się w źródłach francuskich "en haye" nie wygląda tak, jak na schemacie w książkach A. Michałka. Proszę chociażby spojrzeć na freski w kościele templariuszy w Cressac, rysunki w kronice Mateusza z Paryża czy zajrzeć do cytowanej w nieskończoność we francuskich opracowaniach "Pieśni o Aspremoncie". Szyk jest linearny, ale niezwykle zwarty. Takie założenie wynikało z badań wielu znakomitych historyków, takich jak H. Delbruck, F.Lot, G. Duby, Ph. Contamine i inni. Szyk "kolumnowo-klinowy" był raczej właściwy dla tego rejonu Europy i zbyt długo miejsca nie zagrzał, bo nie pozwala on wykorzystac zbyt dobrze posiadanej jazdy (powyżej III szeregu znika element "masy", a szyk staje się bezwładny, dlatego liczne regulaminy kawaleryjskie nie polecają szarży kolumną, chyba, że nie ma innej możliwości). Co więc było? Odpowiedzią jest "conroi". Nie znalazłem dobrego tłumaczenie tego terminu, więc będę się posługiwał oryginalnym. Szyk linearny, zwarty, w dwa- trzy szeregi. W sumie całe "conroi" mogło liczyć kilkudziesięciu wojowników, choć zdarzały się większe (tzw. batailles), które liczyły kilka "conrois". Źródła europejskie podkreślają zwartość tego szyku. Czy zaś rycerze mieli okazję do wspólnych treningów? Tak, takim treningiem był bowiem turniej. Proszę pamiętać, że "wynaleziono" je ponoć w XI w (tak przynajmniej podają średniowieczni rocznikarze). Zaś do wieku XIV kiedy zaczęto produkować puste w środku kopie do gonitw "na tępe" ,tzw. "tjost", czyli walka jeden na jeden była niezbyt popularna i organizowana rzadziej. Turniej był sportem ZESPOŁOWYM! Sportem dodajmy to, pierwotnie pozbawionym reguł i niezbyt się różniącym od prawdziwej wojny. Dlatego m.in. wyklinał je Bernard z Clairvaux, pisząc że ginie na nich tylu dobrych rycerzy (zamiast walczyć za Krzyż). Sama z resztą nazwa turniej pochodzi od francuskiego czasownika "tournant" oznaczającego tyle, co zawracać, manewrować. W takiej rozrywce jedno "conroi" walczyło z drugim na wyznaczonym terenie starcia dokonując ciałych dokonując kolejnych szarż. Oznaczało to konieczność dokonywania zwrotów w szyku i wyrównywania szyków po każdej szarży. "Behourd" to już rozrywka na wieluset rycerzy. Taka forma turnieju potrafiła mieć za arenę całe miasto i przyległe błonia, gdzie wznoszono czasem sztuczne drewniane zamki, by uatrakcyjnić walkę. Dopiero z czasem zaczęła się pojawiać broń "bezpieczna";) turniejowa. Rycerz, który nauczył się utrzymywać miejsce w szyku na takim turnieju, mógł starać się to zrobić w bitwie. Często zaś w bitwie występował z tym samym "zespołem" ludzi, bowiem drużyny turniejowe były wielokrotnie formowane przez wielkich feudałów z ich lenników, którzy w czasie wojny tworzyli ich chorągwie. Jeśli zaś ktoś twierdzi, że w średniowieczu ludzie nie podróżowali to się myli, mogły nie podróżować warstwy najniższe, ale już rycerze musieli odwiedzać raz na jakiś czas dwór swego seniora czy podróżować z nim reprezentując go lub wspólnie sprawując sądy, bo to należało do obowiązków lennika. Podróżowali też między turniejami, bo stało się to sposobem na zarabianie, znacznie lepszym niż życie z ziemi, którą i tak uprawiali chłopi. Dlatego uważam, że średniowieczna bitwa nie była tak jak przedstawiają to polscy historycy sumą starć indywidualnie walczących rycerzy. lecz raczej sumą starć niewielkich pododdziałów, czyli owych "conroi". Pogląd taki jest reprezentowany na świecie i wydaje mi się bardziej sensowny od tego, co pisze się u nas. Do Polski takie założenie nie przeniknęło ze względu na słabą znajomość źródeł europejskich i małe zainteresowanie tą tematyką wśród polskich historyków lat minionych, a obecnie wygodniej jest spisywać. Starałem się przedstawić kilka podstawowych argumentów za przyjętą przeze mnie koncepcją, jeśli ktoś ma jakieś pytani, to zapraszam. Pozdrawiam. Michał

Czw 27 Kwi, 2006 Gość napisał:
Nie bardzo rozumiem, dlaczego uważa Pan, że szyk "w płot" jest pojęciem "godnymi historyka z XIX wieku ". Oczywiście zgadzam się z opiniami współczesnych historyków mówiącymi o tym, że w działaniach chorągwi rycerskich na przełomie XIV i XV w. dominował szyk kolumnowo-klinowy (czy jak go tam nazwiemy). Trafiają jednak do mnie argumenty, że zastosowanie powyższego szyku było warunkowane wyszkoleniem jeźdźców, a szczególnie koni do działań w takiej formacji, Poza tym dochodzi kwestia cyklicznych treningów w celu utrzymania nabytych umiejętności, które były możliwe tylko w sytuacji powołania rycerstwa pod broń. Z tego co wiem to w tym okresie większość rycerzy ( i to nie tylko w Polsce) uczestniczyła w walkach na zasadach pospolitego ruszenia - formacje zawodowe stanowiły niewielką liczebnie część armii, jakie mogły być mobilizowane. Pomijając tereny gdzie walki toczyły się stale i gdzie rycerze posiadali praktykę w działaniach w szykach bardziej skomplikowanych niż szyk "w płot", pozostali rycerze raczej nie mieli okazji wspólnych treningów.
Co Pan o tym sądzi?

Czw 27 Kwi, 2006 Gość napisał:
A czy przypadkiem recenzowana pozycja nie czegoś wspołnego z inną publikacją tego autora "Uzbrojenie w Polsce średniowiecznej 1450-1500" ?(wydawnictwo: UMK, 1998
ISBN: 83-231-0862-5) Wygląda mi to części jakiejś większej całości np. pracy doktorskiej?

Czw 27 Kwi, 2006 Marcin G napisał:
Co do "Ospreya" znowu zgadzam się z przedmówcą. Co do twórczości p. Michałka to nie znam jej za bardzo (celowo), ale z tego co czytałem kolejne pozycje to już nie tyle spisywanie innych autorów, ale samego siebie... to już brak elementarnego szacunku dla Czytelnika i brak instynktu samozachowawczego. A z drugiej strony, co z tego że szyk jest pięknie narysowany, jak mamy wątpliwości, czy jest prawdziwy, a nie był stosowany jedynie "w głowie" autora?

Śr 26 Kwi, 2006 elear napisał:
Nie lubię filoficznych dywagacji na 10 stron, a filozofię zdałem "rzutem na taśmę" :), a tak serio, to problem z Michałkiem nie polega na tym, że kompiluje, tylko że kompiluje błędnie, pisząc miejscami ewidentną nieprawdę i wypaczając obraz średniowiecznej wojskowość w oczach czytelników. Jednym słowem to nie jest kwestia mądrości, ale elementarnej prawdy i odpowiedzialności za to, co się pisze. Jeśli uważa Pan, że np. Francuzom po ich średniowieczu zostały strzępki materiału, to muszę się sprzeciwić. "Ospreye" zależą od autora, bardzo dobrze pisze David Nicolle (jeśli chodzi o średniowiecze). Pozdrawiam. Michał

Śr 26 Kwi, 2006 Gość napisał:
Ja tylko tak odnośnie książek pana Michałka - faktycznie dla maniaków i ekspertów może i są to ksiązki niewystarczające, ale np. dla mnie, który chce wiedzić po prostu jak walczyło sie w sredniowioeczu sa to pozycje w sam raz. Nie mam ambicji siegania do skomplikowanych źródeł, jakichś po prostu strzepków materiału (bo ze średnioweicza raczej dużo nie zostało). Wystarczy mi jasny, prosty i przystepny opis i to jest moim zdaniem bardzo pozytywne w ksiażkach Michałka. W odwecie moge stwierdzić, że jak ktoś lubi ponure knypy bez żadnej ilustracji i z filozoficznymi dywagacjami na 10 stron to juz jego sprawa - kazdy lubi co innego. Ospreye tez za ,,madre" nie sa ale sa napisane w bardzo przystepnej formie i stad ich ogromna popularnosc.

Pozdrawiam

Śr 26 Kwi, 2006 elear napisał:
Problem z Michałkiem polega na tym, że przepisuje na potęgę nie bacząc nawet czy to, co skopiował miało oparcie w rzeczywistości historycznej. Dlatego nawet jako kompilator innych dzieł jest kiepski. Co do ilustracji, ładne są rysunki zamków i umocnień, broni, ale podpisy pod nimi bywają czasów złe. Co do schematów szyków, które są czymś ze wszech miar pożądanym, to bywają one czasem dziwne i bez oparcia w źródłach, a czasem wręcz fatalne (vide: np. szyk "w płot"). Sylwetki wojowników, cóż jak ktoś lubi trolle o stopach i dłoniach wiekszych od głowy, to trudno, ponadto często te sylwetki i ich ekwipunek stanowią wytwór bogatej wyobraźni autora. Choć czasami potrafią być sensowne. Wg. mnie najgorzej wypadły w odcinku pt. "Bizancjum". Niestety nie próby opisania taktyki tego okresu przez A. Michałka często zawodzą, chyba że spisuje od kogoś sensownego. Pozdrawiam. Michał

Śr 26 Kwi, 2006 Gość napisał:
A ja tam i tak lubię Michałka - przy wszystkich jego ograniczeniach i przekłamaniach, daje to co jest bardzo cenne - plastyczny opis mechanizmów kierujących walką na trochę wyższym poziomie komplikacji, niż proste wywijanie mieczem czy też inną bronią.
No, i poza tym pobudza moją wyobraźnię, co jest dla mnie najcenniejsze w wargamingu.
A po recenzowaną książkę chętnie sięgnę - chociaż martwi mnie, że wydawnictwo jest raczej niszowe i bezie kłopot z nabyciem tej pozycji.

Pon 24 Kwi, 2006 Marcin G napisał:
Bardzo dobra i wnikliwa recenzja. Co do braku przypisów zgadzam się absolutnie z Michałem, chciałbym przy okazji jednak zauważyć, że nie zawsze ich brak jest winą autora, a czasami warunkiem postawionym przez wydawcę. Nie wiem jak to było w tym przypadku.
Z tego co się zorientowałem cena książki niestety nie jest mała...


Dodaj komentarz